Czasami zastanawiam się, co by
było, jakby podium Eredivisie było identyczne, jak po rundzie jesiennej. Jakby
polskie serwisy sportowe poświęcały więcej uwagi lidze holenderskiej, to
wyobrażam sobie już te nagłówki obwieszczające zmianę układu sił w
Niderlandach. Bo, patrząc obiektywnie, tylko taki komentarz byłby w zaistniałej
sytuacji obiektywny. Fakty mówią same za siebie. Od czasu założenia
profesjonalnej ligi w roku 1956 (od 1889 roku istnieje federacja, jednak
większość klubów w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia dopiero przekształcała
się w profesjonalne. Duże znaczenie miało wprowadzenie pensji dla zawodników po
raz pierwszy w sezonie 1954/55), tylko sześć razy rozgrywki wygrywał inny klub
niż Ajax Amsterdam (dwadzieścia trzy tytuły/trzydzieści jeden ogółem), PSV
Eindhoven (18/21) oraz Feyenoord Rotterdam (9/14). Trzykrotnie zdarzyło się to,
kiedy Holandia jeszcze oswajała się z zawodowym futbolem; DOS Utrecht (teraz FC
Utrecht) wygrało drugi w historii sezon Eredivisie 1957/58 (pierwszy triumfował
Ajax), Sparcie Rotterdam współcześnie tułającej się w II lidze udało się to rok
później, a obecnie występujący w najwyższej lidze amatorskiej DWS Amsterdam był
najlepszym zespołem rozgrywek 1963/64. Później aż do sezonu 1980/81 trwała
dominacja Ajaksu do spółki z Feyernoordem oraz dwoma tytułami PSV. W owym
pierwszym sezonie rozgrywany w dekadzie disco i spodni dzwonów po raz pierwszy
najlepszym holenderskim zespołem okazuje się AZ Alkmaar (ówcześnie funkcjonujące
jako AZ ’67). Czytelniku, który nie znasz uroków Eredivisie, zatrzymaj się w
tym miejscu na chwilę i zapamiętaj nazwę tej drużyny, bo właściwie ona jest
bohaterem dzisiejszego tekstu. Już? Mogę kontynuować?
Warto zastanowić się, jak klub
założony w 1967 roku już w sezonie 1977/78 miał zaszczyt grać z FC Barceloną w
pucharze UEFA. Fanfary proszę, bo nadchodzi mała dawka historii. AZ, które
tylko poza Holandią jest znane pod nazwą AZ Alkmaar, powstało w dość zawiły
sposób. Można napisać krótko, że wywodzi się od Kooger Football Club, które
następnie ewoluowało w FC Zaanstreek, a
w rzeczonym 1967 roku za sprawą braci Josa i Klaasa Molenaarów łączy się z ich
wcześniejszym klubem AZ ’54. Następnie za sprawą dużej dawki pieniędzy kupili
wielu drogich zagranicznych piłkarzy i niecałe piętnaście lat później mogli już
odcinać kupony od pierwszego triumfu w krajowej lidze i na europejskim podwórku
(Alkmaar zostało finalistą pucharu UEFA). Po odejściu braci w 1988 roku klub
spadł na drugiej ligi, żeby powrócić do niej po dziesięciu latach. Na kolejne
sukcesy nie trzeba było długo czekać. W 2005 AZ znowu pokazało się w pucharze
UEFA, tym razem zatrzymując się na półfinałach, a w 2009 roku wywalczyło drugie mistrzostwo Holandii.
Można powiedzieć, że przetarło tym szlak dla FC Twente, niemal równolatka
AZ (założone w 1965 roku), które zdobyło swój jedyny mistrzowski tytuł zaledwie
rok później. Klub również powstał z fuzji dwóch innych - SC Enschede i Enschedese Boys. Wiele go łączy z Alkmaar. Twente również może
się pochwalić występem w finale pucharu UEFA (1977) jak i spadkiem do Eerste
Divisie (1983, powróciło do najwyższej klasy rozgrywkowej rok później). Ma też
kilka osiągnięć na krajowym podwórku (puchar KNVB w 1977, 2001, 2011), ale dla
większości Holendrów przez długi czas żyło w pamięci jako „nudne Twente” słynne
ze swoich remisów 0-0 i 1-1 w latach ’80 i ’90. Dopiero ostatnie trzy sezony
zmieniły ten stan rzeczy. Poza wcześniej wspomnianym mistrzostwem, The Tukkers
rok wcześniej i rok później kończyli sezon na drugim miejscu, odpowiednio za AZ
i Ajaksem. Rok temu po raz pierwszy zagościł u nich również Superpuchar
Holandii za sezon 2010/11.
Brzmi bardzo niewinnie, prawda? Dwa kluby, które obecnie prezentują się
dobrze (Twente), a nawet bardzo dobrze (AZ), jednak bez większych krajowych
triumfów. Można rzecz – jedne z lepszych drużyn, jednak nie słynące z bogatej
historii. Jest w nich jednak coś niepokojącego, co spędza sen z oczu fanom
starego ładu w Eredivisie, fanom klubów, które się wzajemnie nienawidzą, ale
jeszcze bardziej nie znoszą zmian i obcych wyrywających im triumfy z łapczywych
rąk. Bo ostatni raz tytuł dwa razy z rzędu wielkiej trójce wyrwano ponad
pięćdziesiąt lat temu i na półmetku tego sezonu stawiano AZ jako faworyta,
holenderskie media już ich chciały koronować. Jeżeli nadal myślicie, że futbol
to futbol, wiele rzeczy może się zdarzyć, po co ta histeria i czy „Na Wspólnej”
się już zaczęło, to spójrzcie na chwilę na Primera Division i zastanówcie się,
czy możliwe byłoby dla was, żeby tytuł w przyszłym sezonie zdobył ktoś inny,
niż Real Madryt albo FC Barcelona? A teraz dodajcie do tego jeszcze jeden,
wyimaginowany superzespół i będziecie mieli uproszczony schemat ligi
holenderskiej od ostatniego półwieku, bo tam wypadki przy pracy skutkujące
stratą tytułu przez hegemonów zdarzały się jeszcze rzadziej. Jednak od czasu
tych sukcesów minęły dwa lata i pojawia się pytanie, czy nadal można mówić o
rewolucji, skoro Ajax rozsiadł się na krajowym tronie i raczej trudno będzie go
z niego zepchnąć? Ależ tak, bo pomimo tego, że wielka trójka znalazła się po
tym sezonie w komplecie na podium, to trzeba pamiętać, o ich spektakularnych wpadkach,
jak słynne 4-6 z Utrechtem Ajaksu, czy jeszcze słynniejsze 0-10 Feyenoordu na
własnym stadionie z PSV sprzed dwóch sezonów. Zwycięstwa Twente czy AZ nie
budziłyby już tak wielkiego zdziwienia, bo przestali być traktowani jako
mistrzowie z przypadku, których, na przykład, w Bundeslidze pełno, ale jako
zespoły, które wraz ze startem sezonu są wymieniane w gronie faworytów. Wydaję
mi się, że wiadomość została wysłana, a przekaz zrozumiany i, przynajmniej w
tym sezonie, lekcja przez hegemonów odrobiona. Jednak o ile w przypadku AZ te słowa są jak
najbardziej adekwatne, to klub z Enschede w ciągu ostatnich czterech miesięcy
wpadł w niemały kryzys. Nawet mianowanie z powrotem na tenera McClarena, autora
tego wyczekanego tytułu, nie uratowało sytuacji, ba, nawet ją pogorszyło. Z
miejsca na podium zrobiło się miejsce szóste, a kiedy wydawało się już, że
Twente rozjedzie w barażach o LE swoje ukochane w tym sezonie RKC Waalwijk (wyniki
4-0 i 5-0 mówią same za siebie), a następnie gładko rozprawi się z
przeciwnikiem z pary Vitesse/NEC, zremisowało na własnym stadionie 1-1, a
następnie bezbramkowo na wyjeździe, co premiowało przeciwników. Krótko mówiąc,
zostali z niczym. Jednak nadal McClaren jest postrzegany w Enschede jako bóg
nie człowiek, więc jeden zły sezon może wcale nie oznaczać ponownego
zepchnięcia Twente w przeciętność.
Czemu nie ma tu miejsca dla Heerenveen, które też dryfowało po wysokich
miejscach i ostatecznie skończyło na piątym? Bo oni jeszcze raczkują, budują
swoją pozycję w Holandii. Mają zespół, którego nie mogą utrzymać w całości
przez więcej, niż dwa sezony. Bo jakie są szanse, że Dost zostanie? Niewielkie.
Tylko w odróżnieniu od reszty niderlandzkich klubów, które tracą zawodników na
rzecz obecnych europejskich potęg, ci z Heerenveen odchodzą do Ajaksu
(Sulejmani) czy innych klubów zza miedzy. Może przyjście Marco van Bastena coś
zmieni? Mam nadzieję, bo z pewnością wpłynie to na atrakcyjność ligi.
PIEKNIE. < 3 < 3 ;* ;*
OdpowiedzUsuń