czwartek, 24 maja 2012

Dwóch i pół

Czasami zastanawiam się, co by było, jakby podium Eredivisie było identyczne, jak po rundzie jesiennej. Jakby polskie serwisy sportowe poświęcały więcej uwagi lidze holenderskiej, to wyobrażam sobie już te nagłówki obwieszczające zmianę układu sił w Niderlandach. Bo, patrząc obiektywnie, tylko taki komentarz byłby w zaistniałej sytuacji obiektywny. Fakty mówią same za siebie. Od czasu założenia profesjonalnej ligi w roku 1956 (od 1889 roku istnieje federacja, jednak większość klubów w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia dopiero przekształcała się w profesjonalne. Duże znaczenie miało wprowadzenie pensji dla zawodników po raz pierwszy w sezonie 1954/55), tylko sześć razy rozgrywki wygrywał inny klub niż Ajax Amsterdam (dwadzieścia trzy tytuły/trzydzieści jeden ogółem), PSV Eindhoven (18/21) oraz Feyenoord Rotterdam (9/14). Trzykrotnie zdarzyło się to, kiedy Holandia jeszcze oswajała się z zawodowym futbolem; DOS Utrecht (teraz FC Utrecht) wygrało drugi w historii sezon Eredivisie 1957/58 (pierwszy triumfował Ajax), Sparcie Rotterdam współcześnie tułającej się w II lidze udało się to rok później, a obecnie występujący w najwyższej lidze amatorskiej DWS Amsterdam był najlepszym zespołem rozgrywek 1963/64. Później aż do sezonu 1980/81 trwała dominacja Ajaksu do spółki z Feyernoordem oraz dwoma tytułami PSV. W owym pierwszym sezonie rozgrywany w dekadzie disco i spodni dzwonów po raz pierwszy najlepszym holenderskim zespołem okazuje się AZ Alkmaar (ówcześnie funkcjonujące jako AZ ’67). Czytelniku, który nie znasz uroków Eredivisie, zatrzymaj się w tym miejscu na chwilę i zapamiętaj nazwę tej drużyny, bo właściwie ona jest bohaterem dzisiejszego tekstu. Już? Mogę kontynuować?
Warto zastanowić się, jak klub założony w 1967 roku już w sezonie 1977/78 miał zaszczyt grać z FC Barceloną w pucharze UEFA. Fanfary proszę, bo nadchodzi mała dawka historii. AZ, które tylko poza Holandią jest znane pod nazwą AZ Alkmaar, powstało w dość zawiły sposób. Można napisać krótko, że wywodzi się od Kooger Football Club, które następnie ewoluowało w FC Zaanstreek, a w rzeczonym 1967 roku za sprawą braci Josa i Klaasa Molenaarów łączy się z ich wcześniejszym klubem AZ ’54. Następnie za sprawą dużej dawki pieniędzy kupili wielu drogich zagranicznych piłkarzy i niecałe piętnaście lat później mogli już odcinać kupony od pierwszego triumfu w krajowej lidze i na europejskim podwórku (Alkmaar zostało finalistą pucharu UEFA). Po odejściu braci w 1988 roku klub spadł na drugiej ligi, żeby powrócić do niej po dziesięciu latach. Na kolejne sukcesy nie trzeba było długo czekać. W 2005 AZ znowu pokazało się w pucharze UEFA, tym razem zatrzymując się na półfinałach, a w 2009 roku wywalczyło drugie mistrzostwo Holandii.
Można powiedzieć, że przetarło tym szlak dla FC Twente, niemal równolatka AZ (założone w 1965 roku), które zdobyło swój jedyny mistrzowski tytuł zaledwie rok później. Klub również powstał z fuzji dwóch innych - SC Enschede i Enschedese Boys. Wiele go łączy z Alkmaar. Twente również może się pochwalić występem w finale pucharu UEFA (1977) jak i spadkiem do Eerste Divisie (1983, powróciło do najwyższej klasy rozgrywkowej rok później). Ma też kilka osiągnięć na krajowym podwórku (puchar KNVB w 1977, 2001, 2011), ale dla większości Holendrów przez długi czas żyło w pamięci jako „nudne Twente” słynne ze swoich remisów 0-0 i 1-1 w latach ’80 i ’90. Dopiero ostatnie trzy sezony zmieniły ten stan rzeczy. Poza wcześniej wspomnianym mistrzostwem, The Tukkers rok wcześniej i rok później kończyli sezon na drugim miejscu, odpowiednio za AZ i Ajaksem. Rok temu po raz pierwszy zagościł u nich również Superpuchar Holandii za sezon 2010/11.
Brzmi bardzo niewinnie, prawda? Dwa kluby, które obecnie prezentują się dobrze (Twente), a nawet bardzo dobrze (AZ), jednak bez większych krajowych triumfów. Można rzecz – jedne z lepszych drużyn, jednak nie słynące z bogatej historii. Jest w nich jednak coś niepokojącego, co spędza sen z oczu fanom starego ładu w Eredivisie, fanom klubów, które się wzajemnie nienawidzą, ale jeszcze bardziej nie znoszą zmian i obcych wyrywających im triumfy z łapczywych rąk. Bo ostatni raz tytuł dwa razy z rzędu wielkiej trójce wyrwano ponad pięćdziesiąt lat temu i na półmetku tego sezonu stawiano AZ jako faworyta, holenderskie media już ich chciały koronować. Jeżeli nadal myślicie, że futbol to futbol, wiele rzeczy może się zdarzyć, po co ta histeria i czy „Na Wspólnej” się już zaczęło, to spójrzcie na chwilę na Primera Division i zastanówcie się, czy możliwe byłoby dla was, żeby tytuł w przyszłym sezonie zdobył ktoś inny, niż Real Madryt albo FC Barcelona? A teraz dodajcie do tego jeszcze jeden, wyimaginowany superzespół i będziecie mieli uproszczony schemat ligi holenderskiej od ostatniego półwieku, bo tam wypadki przy pracy skutkujące stratą tytułu przez hegemonów zdarzały się jeszcze rzadziej. Jednak od czasu tych sukcesów minęły dwa lata i pojawia się pytanie, czy nadal można mówić o rewolucji, skoro Ajax rozsiadł się na krajowym tronie i raczej trudno będzie go z niego zepchnąć? Ależ tak, bo pomimo tego, że wielka trójka znalazła się po tym sezonie w komplecie na podium, to trzeba pamiętać, o ich spektakularnych wpadkach, jak słynne 4-6 z Utrechtem Ajaksu, czy jeszcze słynniejsze 0-10 Feyenoordu na własnym stadionie z PSV sprzed dwóch sezonów. Zwycięstwa Twente czy AZ nie budziłyby już tak wielkiego zdziwienia, bo przestali być traktowani jako mistrzowie z przypadku, których, na przykład, w Bundeslidze pełno, ale jako zespoły, które wraz ze startem sezonu są wymieniane w gronie faworytów. Wydaję mi się, że wiadomość została wysłana, a przekaz zrozumiany i, przynajmniej w tym sezonie, lekcja przez hegemonów odrobiona.  Jednak o ile w przypadku AZ te słowa są jak najbardziej adekwatne, to klub z Enschede w ciągu ostatnich czterech miesięcy wpadł w niemały kryzys. Nawet mianowanie z powrotem na tenera McClarena, autora tego wyczekanego tytułu, nie uratowało sytuacji, ba, nawet ją pogorszyło. Z miejsca na podium zrobiło się miejsce szóste, a kiedy wydawało się już, że Twente rozjedzie w barażach o LE swoje ukochane w tym sezonie RKC Waalwijk (wyniki 4-0 i 5-0 mówią same za siebie), a następnie gładko rozprawi się z przeciwnikiem z pary Vitesse/NEC, zremisowało na własnym stadionie 1-1, a następnie bezbramkowo na wyjeździe, co premiowało przeciwników. Krótko mówiąc, zostali z niczym. Jednak nadal McClaren jest postrzegany w Enschede jako bóg nie człowiek, więc jeden zły sezon może wcale nie oznaczać ponownego zepchnięcia Twente w przeciętność.
Czemu nie ma tu miejsca dla Heerenveen, które też dryfowało po wysokich miejscach i ostatecznie skończyło na piątym? Bo oni jeszcze raczkują, budują swoją pozycję w Holandii. Mają zespół, którego nie mogą utrzymać w całości przez więcej, niż dwa sezony. Bo jakie są szanse, że Dost zostanie? Niewielkie. Tylko w odróżnieniu od reszty niderlandzkich klubów, które tracą zawodników na rzecz obecnych europejskich potęg, ci z Heerenveen odchodzą do Ajaksu (Sulejmani) czy innych klubów zza miedzy. Może przyjście Marco van Bastena coś zmieni? Mam nadzieję, bo z pewnością wpłynie to na atrakcyjność ligi.



1 komentarz: